Przejdź do treści głównej
Kasima.
Strefa wiedzy
Reklamy płatne9 min czytania

Feed produktowy: dlaczego produkty nie wchodzą do reklam

Powiedzmy, że sklep ma tysiąc produktów. W panelu reklam widać, że wyświetla się tylko część z nich. Reszta gdzieś przepadła, choć nikt niczego nie ruszał. To nie jest kara ani awaria. To zwykle kilka pustych pól w spisie, który sklep co noc wysyła do Google. Ten tekst pokazuje, gdzie ten spis siedzi i jak sprawdzić, co z niego wypadło.

Kacper SiniakiewiczZałożyciel, CEO21 sierpnia 2026
Okładka wpisu: Dlaczego Google odrzuca Twoje produkty? Czyta spis, który sklep co noc mu wysyła. Kilka pustych pól i produkt wypada z reklam.

Google nie ogląda twojego sklepu. Czyta spis, który mu wysyłasz

Zacznijmy od rzeczy, która tłumaczy resztę.

Wielu sprzedawców myśli, że Google wchodzi na stronę sklepu i przegląda towar. Tak to nie działa. Google dostaje gotowy spis, przygotowany przez sam sklep.

Ten spis nazywa się feedem produktowym. To po prostu plik z listą towarów. Każdy wiersz to jeden produkt, a każda kolumna to jedna cecha: nazwa, cena, zdjęcie, stan magazynu.

Pomoc Google nazywa go źródłem danych. Pisze wprost, że jest to główne miejsce, z którego Merchant Center bierze dane o produktach i je pokazuje. Merchant Center to darmowe narzędzie Google, w którym leżą dane o towarze.

Wyobraź sobie ogłoszenie w gazecie. Gazeta nie chodzi po twoim magazynie. Drukuje to, co jej wyślesz. Jeśli w formularzu zabraknie ceny, ogłoszenie nie wyjdzie.

Spis trafia do Google jedną z kilku dróg. Możesz wysłać plik na serwer albo wgrać go ręcznie. Możesz użyć arkusza Google. Możesz podpiąć sklep łączem, które przesyła dane samo. Możesz też dodać produkt ręcznie, sztuka po sztuce.

Plik nie leci do Google raz na zawsze. Ustawiasz plan pobierania, czyli mówisz, jak często Google ma po niego sięgać. Google pobiera go potem według tego planu.

To drobiazg, który wraca później w tekście. Zmiana zrobiona w sklepie nie trafia do reklam w tej samej sekundzie. Czeka na najbliższe pobranie pliku.

Sposób jest mniej ważny niż to, co w spisie stoi. Google ocenia sam plik, nie twoje chęci.

Przepływ w czterech krokach: sklep sam przygotowuje spis produktów, w którym wiersz to produkt, a kolumna to cecha, Google pobiera plik według ustawionego planu, a Merchant Center ocenia sam plik, nie stronę sklepu. Pod spodem uwaga: zmiana w sklepie czeka na najbliższe pobranie pliku.
Google dostaje gotowy spis, przygotowany przez sam sklep.

Osiem pól, bez których produkt nie ruszy z miejsca

Google prowadzi spis wymogów dla danych o produktach. Osiem pól musi mieć każdy towar. Braknie jednego, produkt nie wejdzie do reklam.

Zanim je wymienię, jedno rozróżnienie. Poza tą ósemką jest druga grupa pól, konieczna tylko przy pewnym rodzaju towaru.

Przedsprzedaż wymaga daty, od której towar będzie na stanie. Ubrania w części krajów wymagają grupy wiekowej, płci i koloru. Na tej liście krajów nie ma Polski. Google wymienia Brazylię, Francję, Japonię, Niemcy, Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię.

Jeśli ten sam model ma wersje, na przykład trzy rozmiary koszulki, trzeba spiąć je wspólnym numerem grupy. Wtedy Google wie, że to jedna rzecz w trzech odmianach. Towar używany albo odnowiony wymaga podania stanu, a przy nowym tego pola nie trzeba.

Jest jeszcze pole na numer producenta. Wracam do niego niżej, bo budzi najwięcej pytań.

Warto to rozróżnienie zapamiętać. Warunek zwykle dotyczy części towaru, a nie całego sklepu. Dlatego takie braki wycinają z reklam całe grupy produktów naraz.

Wróćmy do ósemki. Oto ona, po ludzku.

  • Numer własny, czyli krótki kod, po którym poznajesz towar u siebie. Musi być inny dla każdej sztuki asortymentu.
  • Tytuł, czyli nazwa towaru. Ma pasować do nazwy na stronie produktu.
  • Opis, czyli kilka zdań o tym, czym ten towar jest.
  • Adres strony produktu. Musi zaczynać się od http albo https i prowadzić do twojej sprawdzonej domeny.
  • Adres zdjęcia głównego. Nie samo zdjęcie, tylko odnośnik do niego.
  • Dostępność, czyli czy towar jest na stanie. Ma być taka sama jak na stronie.
  • Cena. Ma zgadzać się z ceną na stronie i w koszyku.
  • Marka. Dla nowego towaru poza filmami i książkami Google chce marki, którą ludzie znają.

Częściej winny jest rozjazd ze stroną niż puste pole

Wróć na chwilę do trzech ostatnich pól z tamtej listy. Adres zdjęcia, stan magazynu i cena łączą się z tym, co widać na stronie.

Google sprawdza nie tylko, czy pole jest wypełnione. Sprawdza też, czy mówi prawdę. To prowadzi nas do powodu, który wycina najwięcej towaru.

I tu najważniejsza rzecz w całym tekście, bo mało kto się jej spodziewa.

Puste pole to problem prosty. Widać go od razu i łatwo naprawić. Gorszy jest rozjazd, czyli sytuacja, w której pole jest wypełnione, ale mówi co innego niż strona.

Google traktuje to poważnie. W pomocy stoi, że rozjazd ceny i stanu magazynu między plikiem a stroną produktu prowadzi do odrzucenia towaru z góry. Nie po skardze klienta. Z góry.

Powód jest zdroworozsądkowy. Ktoś klika reklamę z ceną trzysta złotych, a w koszyku widzi trzysta pięćdziesiąt. Czuje się oszukany. Google woli takiej sytuacji zapobiec.

Rozjazd rodzi się sam, bez niczyjej złej woli. Spis pobiera się według ustawionego planu, na przykład raz na dobę. Ceny w sklepie zmieniasz częściej. Przez kilka godzin plik mówi jedno, a strona drugie.

Stąd wniosek praktyczny. Jeśli robisz częste wyprzedaże, plan pobierania spisu musi za nimi nadążać. Sama poprawność pól nie wystarczy.

Co właściciel podejrzewa, a co zwykle jest naprawdę
Co właściciel myśli, że jest problememCo zwykle jest problemem naprawdę
Google mnie za coś ukarałoCena w spisie nie zgadza się z ceną w koszyku
Towar zniknął, bo jest za taniW spisie stoi, że jest na stanie, a na stronie widnieje brak
Sklep ma za mały ruch, więc nas pomijająW spisie brakuje pola z marką i towar nie przeszedł
To wina platformy sklepowejPlik pobiera się raz na dobę, a ceny zmieniasz co kilka godzin
Zdjęcia są ładne, więc są w porządkuNa zdjęciu jest napis o promocji, a tego nie wolno
Trzeba poczekać, samo się naprawiTrzeba poprawić dane i dopiero potem poprosić o sprawdzenie

Kod kreskowy bywa niepotrzebny, a zdjęcie z napisem szkodzi zawsze

Zacznijmy od pola, o które pada najwięcej pytań, i rozbijmy je na czynniki.

Chodzi o numer, który producent nadaje towarowi. Ten sam numer siedzi pod kodem kreskowym na pudełku. Google nazywa go skrótem GTIN, czyli globalnym numerem jednostki handlowej.

Google pisze, że taki numer jest zdecydowanie zalecany przy każdym towarze, któremu producent go nadał. Zalecany, nie wymuszony.

I od razu druga część zdania, o której mało kto pamięta. Google dodaje wprost, że część towaru takiego numeru nie ma, więc nie trzeba go podawać.

Kiedy tego numeru zwykle nie ma? Google wymienia trzy sytuacje.

Pierwsza: sprzedajesz towar pod marką własną sklepu albo jesteś jego jedynym sprzedawcą. Wtedy zwykle numeru po prostu nie ma.

Druga: towar robisz na zamówienie, z napisem albo grawerem od klienta. Wtedy numeru się nie podaje, a różnice opisujesz w tytule i w opisie.

Trzecia: towar jest używany albo z drugiej ręki. Tu Google prosi, żeby numer podać, jeśli producent kiedyś go nadał.

Jest za to różnica, którą warto rozumieć. Brak numeru przy towarze, który go nie ma, to nic złego. Zły numer, wpisany na siłę albo skopiowany z innej sztuki, to już błąd i Google go wyłapie.

To częsty odruch i łatwo zrozumieć, skąd się bierze. Ktoś słyszy, że kod kreskowy pomaga, i wkleja przypadkowy ciąg cyfr do wszystkich wierszy. To gorsze niż zostawienie pola pustego.

Drugie pole z tej pary to zdjęcie. Ma własny zestaw wymogów i łatwo się na nim potknąć, nawet gdy reszta danych jest w porządku.

Zacznijmy od rozmiaru. Google podaje przy tym polu minimum pięćset na pięćset pikseli. Zaleca za to co najmniej tysiąc pięćset na tysiąc pięćset, żeby zdjęcie dobrze wyglądało wszędzie tam, gdzie Google je pokaże.

Reszta wymogów dotyczy tego, co na zdjęciu widać.

Nie wolno nakładać na zdjęcie napisów o promocji ani ceny. Nie wolno dokładać znaku wodnego, nazwy marki ani logo. Nie wolno wstawiać obramowania. Nie wolno używać zdjęcia zastępczego, czyli takiego, które nie pokazuje towaru.

Osobny zakaz dotyczy zdjęć poglądowych. Chodzi o grafikę, która pokazuje ogólny rodzaj rzeczy zamiast tej konkretnej sztuki. Google robi tu wyjątek dla kilku grup, między innymi dla sprzętu, pojazdów i programów.

Powiedzmy, że sklep sprzedaje kubki. Ładny baner z napisem o darmowej wysyłce nie jest zdjęciem kubka. Do reklam się nie nadaje, choć w sklepie wygląda dobrze.

Ten błąd łatwo przeoczyć, bo bierze się z dobrych chęci. Zdjęcia robi się pod stronę sklepu, gdzie napisy pomagają sprzedawać. W reklamach ten sam zabieg wyrzuca towar poza grę.

Odruch kontra dobra praktyka. Odruch: przypadkowe cyfry wklejone do wszystkich wierszy, numer skopiowany z innej sztuki, napis o promocji, cena albo logo na zdjęciu. Zamiast tego: puste pole, gdy producent nie nadał numeru, numer nadany tej sztuce przez producenta i zdjęcie samej sztuki bez napisów, logo i ramki.
Zły numer szkodzi bardziej niż puste pole.

Kwadrans, w którym sam to sprawdzisz

Teraz część praktyczna. Nie potrzebujesz do niej nikogo z zewnątrz.

Google zebrał wszystkie problemy w jednym miejscu. W panelu Merchant Center wchodzisz w sekcję „Produkty i sklep”, otwierasz „Produkty” i klikasz kartę „Wymaga uwagi”.

Ta karta pokazuje trzy rzeczy naraz. Listę spraw do naprawy. Przykłady towaru, którego dana sprawa dotyczy. Oraz ile kliknięć możesz przez to tracić.

Pełną listę da się pobrać jako plik z tabelą, więc masz z czym usiąść. Przy każdej sprawie jest odnośnik z opisem, co zrobić.

Zajrzyj też do kolumny ze stanem towaru. Google używa pięciu określeń i warto je znać.

  • W trakcie sprawdzania - Google właśnie ogląda towar. Zwykle trwa to od trzech do pięciu dni roboczych.
  • Przetwarzanie - właśnie coś zmieniłeś i Google to wczytuje. Do kwadransa.
  • Zatwierdzono - towar przeszedł i pokazuje się w Google.
  • Ograniczony - towar się pokazuje, ale tylko w części sytuacji, na przykład w wybranych krajach.
  • Niezatwierdzony - towar nie może się pokazywać. Tu szukaj powodu.

Popraw najpierw, poproś o sprawdzenie potem

Kolejność ma tu znaczenie i łatwo ją odwrócić.

Gdy sprawa jest naprawiona, zaznaczasz to w panelu i prosisz Google o sprawdzenie. Google pisze, że takie sprawdzenie może potrwać do siedmiu dni roboczych. Po przyjęciu towar wraca do wyników w ciągu doby.

Haczyk jest jeden. Liczba próśb jest ograniczona. Przy ostrzeżeniu masz w danym okresie tylko jedno sprawdzenie konta. Jeśli nie zgadzasz się z oceną, prosisz raz.

Stąd rada, która oszczędza tygodnie. Nie proś o sprawdzenie na próbę. Napraw wszystko, przejrzyj plik jeszcze raz, i dopiero wtedy klikaj.

Na czym ten tekst się kończy. Nie zastąpi przeglądu twoich danych ani ustawień w twojej platformie sklepowej, bo każda robi to inaczej. Nie mówi też, ile towaru u ciebie wypada, bo tego nie widzę i nie będę zgadywał.

Nie wchodzę tu również w to, co pokazują konta, które prowadzimy. Cudze dane zostają u ich właścicieli. Wszystko powyżej pochodzi z pomocy Google, więc możesz to sprawdzić sam, bez wiary na słowo.

Prowadzimy agencję w Raciborzu i pracujemy w całej Polsce, a sklepy z naszego regionu na Śląsku pytają o to samo co wszystkie inne. Pytanie brzmi zawsze podobnie: dlaczego reklamy chodzą, a części towaru w nich nie ma. Odpowiedź prawie zawsze leży w spisie, nie w budżecie.

Skąd to wiemy

Wszystkie zdania o wymogach pochodzą z pomocy Google, nie z cudzych opracowań i nie z pamięci.

Listę pól koniecznych dla każdego towaru podaje spis wymogów dla danych o produktach. Zdanie o rozjeździe ceny i stanu magazynu ze stroną stoi w artykule o jakości danych. Zasady dla numeru producenta i dla zdjęcia mają osobne artykuły, po jednym na pole. Stany towaru, kartę z problemami i zasady prośby o sprawdzenie opisują trzy kolejne artykuły pomocy. Wszystkie adresy są pod tekstem.

Jedną rzecz świadomie pominąłem. W artykule o jakości danych pojawiają się inne minimalne rozmiary zdjęcia niż w artykule o samym polu ze zdjęciem. Nie umiem tego pogodzić z pewnością, więc podaję tylko liczbę z artykułu o polu, bo dotyczy wprost tego, o czym piszę.

Co z tym zrobić

  1. Google nie ogląda twojego sklepu. Czyta spis, który sklep sam mu wysyła, i ocenia wyłącznie ten spis.
  2. Osiem pól musi mieć każdy towar: numer własny, tytuł, opis, adres strony, adres zdjęcia, dostępność, cenę i markę.
  3. Rozjazd ceny albo stanu magazynu między spisem a stroną kończy się odrzuceniem towaru z góry, zanim ktokolwiek się poskarży.
  4. Numer spod kodu kreskowego jest zalecany, ale nie każdy towar go ma. Zły numer szkodzi bardziej niż puste pole.
  5. Napis o promocji na zdjęciu wyrzuca towar z reklam, nawet jeśli w sklepie to zdjęcie wygląda najlepiej.
  6. Karta Wymaga uwagi w panelu pokazuje powody i przykłady. Zajrzyj tam, zanim zaczniesz szukać winy gdzie indziej.

Źródła

Może Cię zainteresować

Obszar: Reklamy płatne

Atrybucja - czyli kto tak naprawdę przyprowadził klienta?

Klient kupił. W raporcie zasługę dostaje jedna reklama. A tak naprawdę było ich pięć, plus mail, plus znajomy, który coś powiedział przy kawie. Ktoś musiał wybrać, komu policzyć tę sprzedaż. Ten ktoś to reguła, którą da się zmienić - i warto wiedzieć, która u Ciebie działa.

Kacper Siniakiewicz9 min czytania
Obszar: Reklamy płatne

Jak czytać raport z kampanii, żeby nie dać się zwieść

Dostajesz raport i wszystkie słupki rosną. Więcej pokazów, więcej kliknięć, ładny procent na środku strony. A na koncie firmowym nic nie przybyło. Nikt tu nie oszukuje. Każda z tych liczb mówi prawdę, tylko odpowiada na inne pytanie niż to, które sobie zadajesz. Ten tekst pokazuje, o co pyta każda z nich i czego żadna z nich nie powie.

Kacper Siniakiewicz9 min czytania