
Nie kupujesz miejsca w Google. Kupujesz pracę
Zacznijmy od nieporozumienia, które siedzi u źródła wszystkich pozostałych.
Reklamę kupuje się wprost. Płacisz, reklama się pokazuje, przestajesz płacić, znika. Jest umowa i jest towar.
Z SEO tak nie jest i to nie jest kwestia uczciwości sprzedawcy. Miejsca w zwykłych wynikach Google nie sprzedaje. Nikomu, za żadne pieniądze.
To, co kupujesz, to praca: poprawki na stronie, teksty, porządek w treściach, usuwanie przeszkód. Google potem sam decyduje, co z tym zrobi.
Google mówi to zresztą wprost w swoich materiałach dla firm. Nikt nie może zagwarantować pierwszej pozycji w Google. Ani my, ani nikt inny.
Ta sama strona ostrzega przed firmami, które obiecują pozycje, chwalą się układami z Google albo sprzedają „priorytetowe zgłaszanie”. Google nazywa to sygnałami ostrzegawczymi.
Wyobraź sobie remont mieszkania przed sprzedażą. Płacisz za pracę: malowanie, wymianę podłogi, porządek. Nikt Ci nie sprzeda decyzji kupującego.
Co właściwie kryje się pod słowem praca? Zwykle cztery grupy rzeczy.
Pierwsza to porządek techniczny. Chodzi o to, żeby strona ładowała się szybko i żeby nic nie blokowało Google w dostępie do niej.
Druga to treść. Opisy tego, co robisz, i odpowiedzi na pytania, które ludzie naprawdę wpisują.
Trzecia to układ. Żeby z każdej podstrony dało się dojść do reszty w dwa, trzy kliknięcia.
Czwarta to sprawdzanie. Ktoś patrzy, co się rusza, i poprawia to, co nie zadziałało.
Żadna z tych czterech rzeczy nie jest magią. Każdą da się opisać w umowie i każdą da się potem sprawdzić.
Ta różnica ma jeden praktyczny skutek, o którym warto wiedzieć od razu. Umowa może mówić o pracy i o tym, co dostaniesz na papierze. Nie może mówić o miejscu na liście.
Jeśli czytasz ofertę i nie umiesz w niej znaleźć, co konkretnie ktoś zrobi, to znak ostrzegawczy. Sama obietnica wyniku nie jest zakresem pracy.
Trzy rzeczy, które Google robi z twoją stroną
Żeby zrozumieć, skąd bierze się czas, trzeba wiedzieć, co dzieje się z drugiej strony. Google opisuje to jako trzy osobne etapy.
Pierwszy: Google obchodzi strony w sieci i pobiera ich treść. Robią to programy, które chodzą po odnośnikach z jednej strony na drugą.
Drugi: Google przygląda się temu, co pobrał, i zapisuje w swoim wielkim spisie. To ten spis, a nie sama sieć, jest przeszukiwany, gdy ktoś coś wpisuje.
Trzeci: gdy ktoś zadaje pytanie, Google szuka w spisie i układa listę. Ta lista powstaje na nowo za każdym razem.
Teraz najważniejsze zdanie tej sekcji, i pochodzi wprost od Google. Żaden z tych trzech etapów nie jest zagwarantowany. Google pisze, że nie gwarantuje ani obejścia strony, ani zapisania jej w spisie, ani pokazania w wynikach.
Dodaje przy tym rzecz, która zaskakuje najbardziej: nie każda strona, którą Google przetworzy, trafia do spisu. Można więc być odwiedzonym i mimo to nie istnieć w wynikach.
Jest w tym jeszcze jeden powód opóźnienia, bardziej przyziemny. Google nie odwiedza wszystkich stron tak samo często. Duży serwis z nowymi treściami codziennie odwiedza częściej niż stronę, która nie zmieniła się od roku.
Czyli im rzadziej coś u siebie ruszasz, tym dłużej Google będzie zauważał, że w końcu ruszyłeś. To brzmi jak niesprawiedliwość, a jest po prostu oszczędzaniem mocy.
Jest jeszcze jedna rzecz, którą łatwo przeoczyć. Lista powstaje na nowo przy każdym pytaniu, więc nie ma czegoś takiego jak Twoje stałe miejsce.
To, co widzisz u siebie na ekranie, nie musi być tym, co widzi klient z innego miasta. Dlatego sprawdzanie pozycji na własnym telefonie mówi mniej, niż się wydaje.
Zapamiętaj z tego jedno. Między Twoją zmianą na stronie a zmianą w wynikach są trzy etapy, na które nie masz wpływu. Dlatego to nie działa jak włącznik światła.

| Czego się spodziewają | Co dostają w rzeczywistości |
|---|---|
| Miejsce w pierwszej trójce | Pracę, po której masz szansę tam trafić - decyzję podejmuje Google |
| Efekt widoczny od razu | Zmiany, które Google musi najpierw znaleźć i przetworzyć |
| Jedną poprawkę, która załatwia sprawę | Wiele drobnych rzeczy, z których żadna sama nie przeważa |
| Pracę wyłącznie techniczną | W dużej części pracę nad treścią, bo to ją ludzie czytają |
| Coś, co się kończy | Robotę, która zatrzymana zaczyna się cofać, bo inni nie stoją |
| Pewność, że zadziała | Szansę - Google nie gwarantuje nawet wpisania strony do spisu |
Dlaczego nie podam ci daty, choć wszyscy inni podają
To jest ta część, po której zwykle ktoś zamyka stronę i idzie do firmy, która obieca konkret. Rozumiem to i mimo wszystko nie podam liczby.
Zrób najpierw prosty test, zanim uwierzysz komukolwiek, łącznie ze mną. Wpisz w Google pytanie o to, ile trwa praca nad widocznością, i przeczytaj pierwszą stronę wyników. Policz, ile różnych odpowiedzi dostaniesz.
Dostaniesz ich kilkanaście i będą się rozjeżdżać. Wszystkie pochodzą od firm z jednej branży, opisujących tę samą pracę. Gdyby ta liczba istniała, byłaby jedna.
Co na to Google? Pisze, że zanim zmiana będzie widoczna, może minąć trochę czasu. I dodaje zdanie, które warto przeczytać dwa razy: część zmian zaczyna działać w ciągu kilku godzin, a inne dopiero po kilku miesiącach.
To nie jest przedział, który można wpisać do umowy. To jest stwierdzenie, że rozrzut bywa stukrotny i zależy od tego, co konkretnie zmieniasz.
Google mówi jeszcze jedną rzecz, którą sprzedawcy pomijają. Nie każda zmiana, którą wprowadzisz, w ogóle będzie miała zauważalny wpływ na wyniki.
Uczciwa odpowiedź brzmi więc tak. Nie wiem, kiedy zobaczysz efekt, i nikt tego nie wie. Wiem, jaką pracę wykonam i po czym poznasz, że coś się rusza. To jest jedyna rzecz, którą da się obiecać.
Co w takim razie da się śledzić, skoro nie datę? Trzy rzeczy, wszystkie sprawdzalne u Ciebie. Ile Twoich stron Google w ogóle ma u siebie w spisie. Na jakie pytania ludzie widzą Twoją stronę. Ile osób z tych wyników do Ciebie wchodzi.
Te trzy liczby ruszają się w tej właśnie kolejności i to jest najbliższe kalendarzowi, co da się uczciwie powiedzieć. Najpierw rośnie spis, potem lista pytań, na końcu wejścia.
Jeśli po dłuższej pracy nie rusza się nawet pierwsza z nich, to jest sygnał. Nie do cierpliwości, tylko do rozmowy.
Zapytasz pewnie, po co w takim razie umowa na dłuższy czas, skoro nikt niczego nie obiecuje. Powód jest prosty.
Praca rozłożona na miesiące daje efekt, którego nie da jedna poprawka zrobiona raz. Nie dlatego, że ktoś tak ustalił, tylko dlatego, że Google potrzebuje czasu na każdy z trzech etapów z poprzedniej sekcji.
To jednak nie znaczy, że masz czekać w ciszy. Umowa bez pokazywania postępów co miesiąc jest umową o zaufanie, a nie o pracę.
Jeśli ktoś podaje Ci datę i pozycję w jednym zdaniu, nie sprzedaje Ci pracy. Sprzedaje Ci spokój, którego nie ma z czego wziąć.

Kwadrans: co sprawdzić, zanim komuś zapłacisz
Skoro nie da się kupić wyniku, trzeba umieć ocenić wykonawcę. Google podaje na to własną listę pytań i jest ona zaskakująco praktyczna.
Nie musisz znać się na tej robocie. Musisz umieć rozpoznać, czy rozmawiasz z kimś, kto ją zna.
Poniżej masz to rozpisane na kroki. Zrobisz je w kwadrans, jeszcze przed podpisaniem czegokolwiek.
Zapisz sobie odpowiedzi, które usłyszysz. Nie po to, żeby kogoś przyłapać, tylko po to, żeby po kilku miesiącach mieć do czego wrócić.
Jedna uwaga do sposobu słuchania. Nie chodzi o to, żeby złapać kogoś na braku wiedzy. Chodzi o to, czy mówi Ci rzeczy niewygodne, czy same przyjemne.
Fachowiec, który od razu mówi, czego nie wie i co może nie zadziałać, jest zwykle lepszym wyborem niż ten, u którego wszystko brzmi pewnie.
- Poproś o przykłady wcześniejszych prac i o to, żeby ktoś opowiedział, na czym polegały. Google radzi to wprost.
- Poproś o kontakt do dwóch dawnych klientów i naprawdę do nich napisz. To jedno pytanie odsiewa najwięcej.
- Zapytaj, jakich wyników się spodziewa i w jakim czasie. Nie chodzi o to, żeby dostać liczbę, tylko o to, jak fachowiec o tym mówi.
- Sprawdź, czy w odpowiedzi pada słowo „gwarancja”. Jeśli tak, masz odpowiedź na całą resztę pytań.
- Zapytaj, co dokładnie zrobi w pierwszym okresie pracy i co Ci pokaże na koniec.
- Zapytaj, jak będzie mierzył postęp i skąd weźmie liczby. Jeśli nie wspomni o narzędziach Google, dopytaj dlaczego.
- Sprawdź, czy jego zalecenia zgadzają się z tym, co Google pisze u siebie. To też jest rada samego Google.
Czego ta praca nie załatwi
Granice są tu równie ważne jak rady, bo to na nich najczęściej pęka współpraca.
Nie załatwi złej oferty. Jeśli ludzie wchodzą i wychodzą, bo cena albo warunki im nie pasują, większy ruch tylko powiększy liczbę wychodzących.
Nie załatwi strony, która nie prowadzi do kontaktu. Widoczność stawia ludzi pod drzwiami. Nie otwiera ich za Ciebie.
Nie naprawi też opisu, na który nikt nie chce kliknąć. Tytuł i dwa zdania w wynikach to Twoja witryna sklepowa. Słaby opis potrafi zmarnować dobre miejsce.
Nie zadziała w oderwaniu od reszty. Sama robota techniczna bez treści to jak posprzątany sklep bez towaru na półkach.
Nie zadziała też tam, gdzie nikt Cię nie szuka. Jeśli ludzie nie wpisują w Google tego, co sprzedajesz, nie ma czego wygrywać. Wtedy pieniądze lepiej wydać na dotarcie do ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, że Cię potrzebują.
Nie da się jej też odłożyć na później i wrócić w tym samym miejscu. Gdy przestajesz, inne firmy nie przestają, więc dystans rośnie sam.
Nie zastąpi wreszcie reklamy, gdy potrzebujesz ludzi dzisiaj. Reklamę włączasz i działa od razu. Ta praca działa później, ale nie kończy się w dniu, w którym przestajesz płacić. To dwie różne role i sensownie jest je rozdzielać, a nie wybierać.
I rzecz najbardziej wbrew nam. Bywa, że to nie jest teraz Twoja pierwsza potrzeba. Firma bez strony gotowej na ruch albo bez opisanej oferty ma pilniejsze rzeczy do zrobienia, a praca nad widocznością tylko przyspieszy odkrycie tego braku.
Prowadzimy agencję w Raciborzu i pracujemy w całej Polsce. W mniejszych firmach z naszego regionu ta rozmowa najczęściej kończy się ustaleniem kolejności, a nie umową na wszystko naraz.
Skąd to wiemy
Wszystkie zdania o mechanizmie i o gwarancjach pochodzą z materiałów Google dla właścicieli stron. Nie z cudzych opracowań i nie z naszej pamięci. Trzy adresy są pod tekstem.
Zdanie o braku gwarancji pierwszej pozycji stoi na stronie o tym, czy potrzebujesz fachowca od SEO. Tam też jest ostrzeżenie przed obietnicami i przed „układami z Google”. Stamtąd pochodzi również lista pytań do zadania przed podpisaniem umowy.
Trzy etapy pracy Google i brak gwarancji na każdym z nich opisuje strona o tym, jak działa wyszukiwarka. Zdanie o godzinach i miesiącach pochodzi z przewodnika po SEO.
Jedno zastrzeżenie do testu z pierwszej strony wyników. To nasza obserwacja, nie cytat, i celowo nie przepisujemy stamtąd żadnej liczby ani nie podajemy nazw. Chodzi o to, żebyś sprawdził to sam, a nie uwierzył nam na słowo.
Co z tym zrobić
- Miejsca w zwykłych wynikach Google nie sprzedaje. Kupujesz pracę, a decyzję podejmuje Google.
- Google pisze wprost, że nikt nie może zagwarantować pierwszej pozycji, i ostrzega przed tymi, którzy obiecują.
- Nie jest zagwarantowane nawet to, że strona trafi do spisu Google. Można być odwiedzonym i nie istnieć w wynikach.
- Część zmian działa w kilka godzin, inne dopiero po kilku miesiącach - to zdanie Google, nie nasze.
- Wpisz pytanie o czas w Google i policz, ile różnych odpowiedzi dostaniesz. To sam w sobie jest odpowiedzią.
- Nie umiesz ocenić pracy? Oceń wykonawcę. Poproś o przykłady, referencje i sprawdź, czy pada słowo „gwarancja”.
Źródła
- Czy potrzebuję specjalisty SEOGoogle Search Central
- Jak działa wyszukiwarka GoogleGoogle Search Central
- Przewodnik po SEO dla początkującychGoogle Search Central


